MMA PLALMMA“To gdzie ja jeździłem z zawodnikami? Do remizy?” Piotr “Kotlet” Kurkus o trenerce, amatorskim MMA i karierze

“To gdzie ja jeździłem z zawodnikami? Do remizy?” Piotr “Kotlet” Kurkus o trenerce, amatorskim MMA i karierze

Ze sportem związany od lat. Wielokrotny zdobywca Pucharu Świata i Europy w Taekwondo. Trener GLKSu Nadarzyn, którego zawodnicy to medaliści wielu imprez krajowych i międzynarodowych. W mediach było go mało, mimo że od lat zna się z czołowymi postaciami sceny sportów walki. W specjalnym wywiadzie dla MMA.pl, rozmowa z Piotrem „Kotletem” Kurkusem.

Zacznijmy od początku. Jak to było – znokautować ale i zostać znokautowanym?

To były pierwsze zawody w Taekwondo. Znokautowałem rywala w 47 sekund. To był jakiś ówczesny mistrz kickboxingu Krakowa. Mój debiut, w wadze półciężkiej do 80 kilo, gdzie ważyłem sam 71 kilo. Byłem mocno podpalony na te zawody, musiał mnie studzić mój trener, Artur Chmielarz, dzisiejszy prezes Polskiego Związku Taekwondo Olimpijskiego. Nie było oczywiście tak że uwierzyłem, że każda moja walka będzie tak wyglądać.

Ale optymizm był?

Zawsze jest po czymś takim. Po czymś takim zawsze jest gdzieś z tyłu taka myśl „świat należy do Ciebie”. A że to był debiut, więc wiadomo, noc przed zawodami nie dało się spać. Ale wracając, nie wygrałem tego turnieju, choć kolejne walki w mojej kategorii wagowej udało mi się w miarę dobrze zakończyć. Zdobyłem medal, ale trafiłem na bardziej doświadczonych zawodników, medaliści Mistrzostw Polski. Potem była bardziej widowiskowa konkurencja, czyli walki drużynowe, w których nie ma podziału na kategorie wagowe. Tam miałem rywala, koleś ponad 100 kilo, bardzo ciężkie ręce. Trafiłem na deski. Na jednych zawodach zobaczyłem od razu dwie strony medalu – posyłać na deski i być posyłanym.

Co ci chodziło wtedy po głowie?

Jakie to uczucie? Bardzo dobrze, że tak się wydarzyło, bo to uczy pokory. W sportach walki nie ma niezwyciężonych. Musisz się liczyć z tym, że – istnieje fajne powiedzenie – „niósł wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Pokora, przede wszystkim pokora.

Skoro mówiłeś o swoich pierwszych zawodach, to może wyjaśnisz: jak to się wszystko zaczęło? Ta mata, treningi. Jak ty doszedłeś do tego że potrzebujesz w życiu sportów walki?

Jak 90% ludzi w Polsce, byłem piłkarzem. No może przesadziłem. Kopałem piłkę i chciałem zostać piłkarzem. Całe życie latałem za piłką, miałem jakieś przygody w klubach piłkarskich, ale zawsze byłem za słaby fizycznie. No i pewnego razu, świętej pamięci Stanisław Terlecki, zwrócił mi uwagę, że muszę poprawić siłę fizyczną. Wraz z jego synami urządziliśmy u mnie w piwnicy taką amatorską siłownię, z tego co mieliśmy, a nie było tego wiele. Pracowaliśmy nad muskulaturą, nad poprawieniem siły fizycznej. Mi to jakoś tak nie szło, ja byłem całe życie chudy, mały. W pierwszej klasie liceum ważyłem 55 kilo. Więc miałem dosyć takiego poniewierania. Zawsze jednak byłem zawzięty, nie bałem się konfrontacji z większymi. Najpierw się więc zaczęło jakieś dźwiganie. Później wszedł film z Jean-Claudem Van Damem „Kickboxer”, który już całkowicie nagrzał mnie na przygodę ze sportami walki. Miałem tylko na początku taki dylemat, czy to będzie kickboxing, czy to będzie coś innego.

Dostałem jednak książkę od mojego kumpla, Maćka Terleckiego. Amerykańska publikacja „Man-of-constrast Master Hee Il Cho”. To człowiek, który ma obecnie chyba 8 albo 9 dan w Taekwondo. Rzeczy, które on tam pokazywał… stwierdziłem, że muszę Taekwondo ćwiczyć. Traf chciał, że później w Warszawie, na centralnym wpadłem na ogłoszenie o akademii Taekwondo Sabum. Prowadził to Witold Brzozowski, niestety już świętej pamięci. Mój pierwszy trener, jeśli chodzi o Taekwondo. To był człowiek, który był przeciwnikiem startów i zawodów… może to złe określenie. Nie był pasjonatem rywalizacji sportowej. Technik. Kiedy nasze drogi się rozchodziły, byłem jedynym jego wychowankiem, któremu nie utrudniał rozpoczęcia startów sportowych pod kuratelą trenera Artura Chmielarza.

Trener Witold zawsze wiedział, że chciałem startować i się bić. Zostałem doceniony. Było tak że on współpracował ze wspomnianym już przeze mnie Chmielarzem, razem chcieli mnie wypuścić. Artur chciał rywalizacji, zawodów. Natomiast Witold to był taki tradycjonalista, układy, technika, nogę trzymać. A Chmielarz taki zabijaka. Doskonale mnie rozumiał. Chciał mieć jedną z najmocniejszych ekip w Polsce i widział tam miejsce dla mnie. Był to mój trener, przy którym zdobyłem swoje pierwsze trofea. Więc miał duży wpływ na moją przygodę.

Wspomniałeś przed chwilą o tym, że część osób, które miały wpływ na twoją młodość już nie żyją…

Bo tak jest. Pan Stasiek był pierwszą osobą która mi doradzała i która zwróciła uwagę na to, jak w sporcie ważne jest przygotowanie fizyczne. Pokazywał mi ćwiczenia, robił mikstury z miodu i kasz. Mówił, że jak to będę jadł to przytyję, mięśnie mi się zrobią. Miał duży wpływ na to, w którym kierunku poszedłem.

Tak. Po prostu chciałem podkreślić jedną rzecz. Ty nie jesteś najmłodszym człowiekiem. Masz 45 lat. Ciągle idziesz do przodu, ciągle starasz się rozwijać, walczysz, rywalizujesz…

Poczekaj, z badań ostatnio wyszło mi, ze mam 30 lat, tego się trzymajmy! (śmiech)

Dobrze 30 latku.

Wracając. Staram się rozwijać. Mam generalnie gen rywalizacji. Lubię rywalizować, być najlepszy. Lew z zodiaku, choć nie mam grzywy (śmiech). Ale poważnie – lubię rywalizować, lubię sprawdzać się w różnych konkurencjach. Mierzyć się z moimi podopiecznymi. Jest dla mnie mega motywujące, że jeszcze w tym wieku, mimo 45 lat, jestem w stanie sobie wejść do klatki, i z młodymi byczkami co mają po 20-parę lat, jeszcze budzić u nich respekt. Nie jest dla mnie problemem ambicjonalnym, że w płaszczyznach parterowych mam paru zawodników, którzy są ode mnie zwyczajnie lepsi. Stworzyłem im do tego warunki, sprowadzałem instruktorów. Zwyczajnie parteru tak nie czuję, mam nawyki i nigdy nie będę mistrzem parteru. Miałem natomiast chęć sobie coś tam udowodnić w brazylijskim jiu-jitsu i też to zrobiłem.

Śmieję się do moich zawodników, że prawdziwa siła techniki się nie boi. Zdobycie medalu Mistrzostw Europy Mastersów, gdzie w finale stoczyłem walkę z dużo bardziej doświadczonym Łotyszem, który w kolejnym roku chyba zdobył tytuł mistrza świata konkurencyjnej organizacji… ja nie mówię że się nie przygotowywałem, że pojechałem z przystanku autobusowego. Duży wkład w mój sukces miał trener Adam Grabowski, pierwszy trener w naszym klubie który spowodował, że zacząłem wreszcie ćwiczyć parter tak jak należy. Bo wcześniej nikt nie potrafił mnie odpowiednio nastawić do tego.

Kiedy powiesz sobie dość, stop? Kiedy uznasz, że trzeba się zatrzymać?

Jak patrzę na zawodach IBJJF, gdzie tych konkurencji mastersów jest dużo, i widzę gości którzy wychodzą i mają po 60 parę lat, wychodzą, rywalizują, to ciężko mi powiedzieć. Wiadomo, że póki zdrowie pozwoli, to chcę mieć możliwość założenia rękawic, pokulania się porobienia zapasów. Dodatkowo, ta systematyka pracy, którą mam od 30 lat, przekłada się na życie, łatwiej sobie radzić z problemami prywatnymi. Ciężko jest powiedzieć, kiedy powiem sobie dość. Nie miało wpływu na moją przygodę ze sportem małżeństwo, narodziny dziecka. Jeżeli człowiek jest ogarnięty, to człowiek wszystko potrafi sobie ułożyć i dostosować, zwłaszcza jeśli masz wokół siebie osoby, które cię wspierają bo wiedzą, że bez tego usychasz.

Zmieńmy na moment temat. Jest jedna rzecz, którą chciałbym usłyszeć od Ciebie. Masz bardzo nietypowy pseudonim. Jaka jest jego geneza, czemu Kotlet?

To jest zasługa mojej babci, też świętej pamięci. Jak przyjeżdżałem na weekendy, do babci, miałem zawsze starsze towarzystwo, z którymi graliśmy w piłkę na polankach. Była taka sytuacja, że jak graliśmy, babcia przyszła i powiedziała że „Piotruś, jest kotlecik na kolację”. Moja babcia była mistrzynią, jeśli chodzi o kotlety schabowe, które są moimi ulubionymi kotletami do tej pory. Nie wyobrażam sobie tygodnia, żebym nie zjadł kotleta. No i babcia, mnie zawoła, a jak wróciłem na polankę, to wszyscy do mnie Kotlet mówili. Miałem 8 lat, więc pseudonim przetrwał tyle czasu i super dla mnie. Tylko podkreślam – jestem kotletem schabowym, a nie mielonym!

Wróćmy do sportu. W taekwondo masz medale z Pucharów Europy i świata. Ale nie tytuły mistrzowskie. Dlaczego?

Byłem i raczej będę zawsze rzemieślnikiem. Nie byłem i nie będę talentem, dosyć późno zacząłem przygody ze sportami walki. Nie przechodziłem drogi kadet, junior, młodzieżowiec. Ja byłem od razu seniorem. Owszem, jeździłem na kadrę, miałem ten zaszczyt, trenowania z kadrą, z najlepszymi zawodnikami w Polsce, w Europie i nawet i na świecie, bo w tamtych czasach, kiedy jeździłem na zawody, Polska była potęgą w Taekwondo. Medal na imprezie ogólnopolskiej było zrobić ciężej, niż na imprezie międzynarodowej. A dlaczego nie zdobyłem tytułu mistrza świata lub Europy?

Mój pech, nieszczęście, że trafiłem na erę Darka Idzikowskiego. Fenomen, ultra talent, człowiek który przeszedł całą drogę, od maleńkości. Nie pamiętam, czy był mistrzem świata trzy razy, czy może pięć. Raz, w Legionowie na zawodach ogólnopolskich, za kadencji trenera Chmielarza, miałem z nim dogrywkę, o tyle byłem blisko wtedy. A tak, to szczerze: był ode mnie lepszy, nikt nie mógł z nim konkurować. Na „pocieszenie” zostały mi Puchary Świata, Puchary Europy. Ale startowałem kilka razy w meczach międzypaństwowych. Tam zakładałem czarny pas, mimo że go nie miałem, ale zakładałem go po to, by walczyć z tymi najlepszymi.

Trzeba coś zrozumieć. Te mecze polegały na tym, że przyjeżdżało 5, czasem do 8 krajów, i tam byli najlepsi zawodnicy. Miałem możliwość walczenia z mistrzami Europy czy medalistami mistrzostw świata. Wygrywałem albo miałem wyrównane walki. Chciałem iść wyżej. Bo teraz, taka sytuacja. Jeżdżę na imprezy chwytane z moimi chłopakami. Jesteśmy na mistrzostwach ADCC. Do średnio zaawansowanych puściliśmy chłopaka, bo bawi się w MMA tyle czasu że uznaliśmy, że na chwyty powinien wystartować w takiej kategorii. Tymczasem dostał rywala, który rok wcześniej zdobył tytuł mistrza Polski w zaawansowanych, a teraz wbija na tą mniej doświadczoną grupę, wykręca nogę mojemu zawodnikowi i cieszy się jakby nie wiem, pokonał mistrza świata z Brazylii. Dla mnie jest to słabe. Nie będę ukrywać, oszukiwałem żeby walczyć z najlepszymi. Według mnie na tym powinna polegać ambicja, a nie na tym, by całe życie udawać początkującego.

Na krótki moment pogadajmy jeszcze o Darku Idzikowskim. Gdy dzisiaj wspominasz te walki, jakie trzy rzeczy sprawiały, że był dla Ciebie takim trudnym rywalem, z którym nie mogłeś wygrać?

Na pewno inteligencja jako zawodnika. To był bardzo mądry sportowiec. Do tego dysponował większym wzrostem ode mnie, chyba z 195 cm wzrostu. I, z racji że przeszedł całą tą drogę od kadeta do seniora, był bardzo dobry technicznie, dysponował olbrzymim doświadczeniem startowym. Starałem się nadrabiać w tych walkach charakterem, fizyką. Ale to i tak na tak klasowego zawodnika za mało. W Taekwondo był poza zasięgiem.

Zacząłeś temat przy poprzednim pytaniu. I to mnie zawsze ciekawiło – dlaczego ty nigdy nie zrobiłeś tego stopnia mistrzowskiego?

To nie jest tak, że nie chciałem go zrobić oczywiście. To zawsze jest jakieś tam ukoronowanie przygody. I, pomimo tylu lat, ja ciągle nie wykluczam, że go zrobię. Mam chęć, by założyć dobok, i wyjść na zawody. W tamtym roku nawet konsultowałem to z trenerem, przy którym najwięcej osiągnąłem, Tomkiem Szczepaniukiem. Stwierdził co prawda, że lepiej dla mnie, żebym dla ambicji stójkowych porobił sobie kickboxing, bo formuła na tyle się zmieniła, że dla zawodników z moja mentalnością może być problem. Nie wiem czy chodzi o ograniczenie kontaktu czy coś takiego. Ale ciągle, nie wykluczam, że dla satysfakcji zrobię ten czarny pas. To było tak, że tam za bardzo, jeśli chodzi o egzaminy, poszło w tą stronę, że ludzie którzy nie mieli rękawic na rękach – a już nie mówię o starcie w zawodach – dostawali te czarne pasy. Mnie to irytowało.

Dostało mi się zresztą po uszach, jak kiedyś w jakimś wywiadzie skomentowałem, że dla mnie to wygląda tak, że koleś ma czarny pas, a boi się jechać tramwajem że mu buty zabiorą. Z perspektywy czasu to co powiedziałem wydaje mi się nie było za mądre, bo nauczyłem się, że nie każdy musi być zawodnikiem, nie każdy musi być fajterem. Ktoś ma taką zajawkę, że lubi robić układy formalne. Mi było szkoda poświęcać godzinę czy dwie na szlifowanie układu formalnego, wolałem poświęcić ten czas na techniki użytkowe – worki, sparingi. Przez te wymogi egzaminacyjne to się trochę rozjeżdżało. Na tym to polegało, wolałem startować. Miałem taki rok, gdzie zaliczyłem 14 zawodów.

Gdy w 2010 roku zakończyłeś przygodę z Taekwondo, ty, jako uznany reprezentant tej dyscypliny, nie myślałeś by przebranżowić się na kickboxing albo K1? Nie chodziło ci to po głowie.

Nie. Ja już wtedy w 2010 pojechałem na zawody, namówił mnie kolega. To był otwarty Puchar Europy, gdzie ja już prowadziłem swoją sekcję. Nie myślałem, o kickboxingu, stwierdziłem, że skoro zrobiłem trzeci Puchar Europy, wystarczy. I już też zacząłem trenować inne rzeczy. Była też w międzyczasie bardzo spontaniczna przygoda z Muay Thai. Szedłem w sekcję MMA, jeździłem do Copacabany. Spędzałem 4,5 godziny na macie. Najpierw 1,5 godziny jiu-jitsu, potem zapasy z trenerem Michałem Stanisławskim, a później trening MMA z gościem, przez którego się zajarałem tym sportem, Łukaszem Jurasem Jurkowskim. 4,5 godziny na macie, a na drugi dzień prowadziłem trening w Nadarzynie, gdzie starałem się przekazywać podopiecznym przekazać wszystko.

Czyli jakoś w grappling i chwyty zacząłeś w 2010 roku? Czy trochę wcześniej? Kiedy ty, jako taekwondoka, zacząłeś się bawić w sporty chwytane?

Końcówka 2010, początek 2011. To już wtedy pamiętam, że kupiłem kimono, dwa razy w tygodniu robiłem.

Człowiek z twoim CV i etyką pracy mógłby spokojnie próbować szczęścia jako trener w dużym klubie w dużym mieście. Czemu Nadarzyn został matecznikiem twojego klubu?

To trochę taki zbieg okoliczności. Zawsze byłem dużym fanem piłki nożnej. I tutaj, przy GLKSie, na jakimś meczu byłem, jakoś po powrocie ze stanów z medalem. I – świętej pamięci – Wójt Janusz Grzyb, pogadał ze mną. Że podziwia moje zaparcie, moje zaangażowanie. Że brakuje mu sportów walki w Nadarzynie. Zapewnił mnie, że jeżeli kiedykolwiek chciałbym budować sekcję sportów walki jako trener, to w Nadarzynie dostanę wszystko, co będzie mi potrzebne, dostanę pomoc. Słowa dotrzymał.

Pamiętam, jak zaczynaliśmy, mieliśmy parę klocków maty od Judo w dużo mniejszej sali. Potem dostaliśmy większą salkę, dostaliśmy obicia, plandekę, klatkę. Serce rośnie jak przypomina się początki i widzi, co zbudowało się od zera. Nie ma się czego wstydzić. Jak był u nas na seminarium trener Paweł Derlacz, to powiedział, że mamy wszystko na sali do zrobienia wyniku. Nie byłoby tego, gdyby nie Janusz Grzyb. A że mieszkałem, w Pruszkowie, Brwinowie i Podkowie Leśnej, to byłem z okolicy. A co do Warszawy – nie mamy żadnego kompleksu.

Owszem, współpracujemy z klubami ze stolicy. Kiedyś więcej z Copacabaną, obecnie mamy bardzo dobre relacje z Aligatorami, jeżdżę do WCA podpatrywać warsztat trenerski, który przy okazji rozwija mnie jako zawodnika. Jak się uczyć to od najlepszych. Na seminaria też zawsze chętnie do nas przyjeżdżali topowi zawodnicy oraz trenerzy. Janek Błachowicz, obecny mistrz UFC, jest rekordzistą pod względem odwiedzin. Był Juras, Igor Kołacin, Paweł Derlacz, Kamil Umiński. Cenię sobie to, że mam fajne kontakty w środowisku, mogę wziąć telefon, zadzwonić, zapytać o to i tamto. Efekt siedzenia w branży już ileś tam lat. Mam nadzieje, że niedługo Pandemia się skończy i moi zawodnicy zaczną korzystać z tego co mają. Bo zbudowane mają takie warunki, że przy ciężkiej pracy mogą zrobić super wyniki, budując sportowe CV.

Już o tym wspominałeś na moment o Muay Thai. Rozwińmy to. A nawet może inaczej. Nie wiem czy pamiętasz, ale jak jakiś spory czas temu wpisywałeś w Google „Piotr Kurkus” to proponowało pewien artykuł. Pamiętasz jaki?

Nie, przypomnij

Piotr Kurkus znokautowany”.

Super. Widocznie to było straszne osiągnięcie że ktoś mnie znokautował. A nawet nie tyle znokautował. Tam była zasada dwóch albo trzech nokdaunów w rundzie. Ja się podniosłem, ale zgodnie z zasadami, przegrałem. A mało kto wie, że do tej imprezy, Pucharu Polski, przygotowywałem się 2 tygodnie. To była luźna propozycja, Trener Igor Kołacin się mnie zapytał, czy chcę wystartować w tej formule. Nie startowałem wtedy w Taekwondo, skupiałem się na swojej sekcji. Mówię „A kiedy te zawody?” Słyszę „A za 2 tygodnie”. Myślę, dobra, robimy to.

Przez 2 tygodnie robiliśmy bardzo intensywny, przyśpieszony kurs Muay Thai. Igor ustawił taktykę by wyciągnąć to co mam najlepsze, i, wbrew pozorom, to się udało. Przed tymi zawodami, 2 tygodnie wcześniej robiłem pierwszy raz klincz tajski, co nie jest czymś hop-siup dla kogoś kto nie miał przyzwyczajonej szyi do tego. I te jednostki treningowe oraz plan Igora zaprocentowały. Rywal był liczony po widowiskowej obrotówce. Cała sala w szoku że chłop, ponad 100 kilo, i się kręci.

Ale nie będę szukać wymówek czy usprawiedliwień. Przegrałem, byłem słabszy, był to człowiek szykowany na mistrzostwa świata w reprezentacji, a ja byłem pierwszy raz w ringu, pierwszy raz z łokciami, kolanami. Ale robienie z tego jakiegoś szumu że leżałem w takiej walce… no spoko. Mogłem w sumie nie być na tych zawodach. Chciałem użyczyć samochodu Igorowi i dwóm innym zawodnikom, bo te zawody były w Bydgoszczy. Mój syn zaliczył pakiet – rotawirus, zapalenie ucha, zapalenie płuc. Każdy kto walczył, rywalizował, to wie dobrze, że jeśli myślami jesteś gdzie indziej, to nie da się robić, nie powinno cię tam być.

Może gdyby nie to, gdybym miał świeżą głowę, może bym dobił typa kolejnym kopnięciem po tym jak poleciał na matę. Ale ja nie o tym. W tej walce liczyło się co innego – to, że nie było po mnie widać, że w tej walce wyszedł człowiek, który ćwiczy 2 tygodnie, zwłaszcza naprzeciwko reprezentanta Polski w tej dyscyplinie.

Jaka była pierwsza walka w MMA jaką zobaczyłeś?

2004 rok, pierwsza edycja KSW. Finał Jurasa z sambistą, Saszkowem. A później, jak jeździliśmy na zawody Taekwondo, to męczyłem Jurasa by mi pokazywał nagrania z PRIDE. Na tamten czas, nie wiem czy to Juras potwierdzi, jego ulubionym zawodnikiem był Wanderlei Silva. I nie ukrywam, podobało mi się to jak walczył Wanderlei.

Oglądasz taśmę, widzisz Jurasa, jaka jest twoja pierwsza reakcja na MMA?

Powiem tak. Walki gdzieś tam na ulicy nie są mi obce, bo wiadomo, jak byłem mały chudy to się szarpało to tu, to tam. I pierwsze moje wrażenie, nie ukrywam, to było takie z ulicą. Długo byłem na nie dla dyscypliny, bo te chwytane rzeczy, jiu-jitsu, długo mi nie podchodziło. Że trzeba się bić, ręka, noga, a nie jakieś „przytulanki”. Z czasem, zmieniłem zdanie na ten temat i, nie ukrywam, obecnie moje ulubione treningi, to treningi zapaśnicze. Żałuję wręcz, że tak późno się zainteresowałem zapasami, zwłaszcza że jak się dorabiało na bramkach, to często stałem z zapaśnikami właśnie.

Weźmy taką sytuację „Kotlet, jest oferta na stole, tyle i tyle, nie chciałbyś?”. Ile razy dostałeś taki telefon, mail w sprawie MMA?

Całkiem niedawno była luźna propozycja.

O, od kogo?

Nie mogę powiedzieć Janek. Zresztą jak usłyszałem jaka stawka, to uznałem, że nie będę się w to bawić. Wcześniej też miałem dwie propozycje. Ale nie podjąłem nigdy tematu. Nie będę się oszukiwać – nie jestem medialną osobą, więc nie dostanę pieniędzy, które by mnie satysfakcjonowały. Musiałbym, nie wiem, zostać Youtuberem, i dostać się na FAME MMA by pojawiły się takie pieniądze. Wiadomo, z badań wychodzi, że mam 30 lat, ale potrzebowałbym szkolenia z tego całego YouTube, social mediów… Ja mam od niedawna Instagrama dopiero! I to tak obsługuje w połowie, bo drugą połowę obsługuje osoba, która mi pomaga go prowadzić, pokazuje relacje, hashtagi, oznaczenia.

Ale, ale, może za 3-4 lata, mocny progres w social media i może będę łakomym kąskiem dla FAME MMA (śmiech). A tam, mówiąc poważnie, są naprawdę poważne pieniądze. Zwłaszcza jak słucham, jak ludzie, którzy dostają takie pieniądze, oszukują że są zawodnikami MMA, z takim zapleczem finansowym nie stać ich nawet, by sylwetkę zrobić, tylko z wielkim bebzonem wychodzą, jakby McDonald’s był ich sponsorem.

(śmiech) Dobra, zejdźmy na moment z FAME… albo nie. Jeszcze na moment zostańmy w temacie. Współpraca ALMMA-FAME. Dobra, niedobra?

Dla ALMMA – bardzo dobra. Jeżdżę na wydarzenia od wielu, wielu lat. Sławek Cypel wykonuje tam super robotę. Śmiać mi się chciało, jak „ktoś” ostatnio mówił, że nie ma amatorskiego MMA. Kurczę, amatorskie MMA jest od lat. Jak go nie było, to gdzie ja i moi zawodnicy jeździliśmy? Do remizy na imprezę? Trzeba było się wcześniej zainteresować tym, że jest.

A wracając do tematu. Widać po sprzęcie, po medalach i nagrodach, że dzięki tej współpracy jest zastrzyk finansowy, bardzo potrzebny. Ale może wyjaśnię też coś. Mimo żartów wcześniej – FAME to nie jest moja bajka. Pisałem o tym, ja tych ludzi nie znam. Oglądałem to chyba raz, jak mój 11-letni syn zaczął się prawie że ze mnie śmiać, gdy spytałem kto to jest. A on do mnie „Ty nie znasz Kruszwila, nie wiesz kto to jest Kruszwill? Tatooo”. No kurde. Ja mam 45 lat, ja pamiętam kto to był, nie wiem, Bolek i Lolek, Reksio. Kto to jest Kruszwill? To może jak Wrestling stanach porównać, chociaż nawet i nie. Bo w stanach jak wchodziłeś do sklepów to miałeś kubki, koszulki, figurki z tymi postaciami.

Ale, ale – czapki z głów dla ludzi z FAME. Wpadli na pomysł i wypełnili taką lukę. Wiesz, powiem ci tak. Czytam jakie to kwoty, a potem widzę: patostreamera, jakiegoś youutubera, jakąś pannę od autobusu… i myślę „gdzie ja popełniłem błąd”. Ale nie, nie pójdę tą drogą (śmiech). Ale fajnie, że mimo że wieszają na nich psy, to oni idą dalej. Zresztą, pytam – kto wcześniej, która organizacja w Polsce spojrzała przychylnie w stronę amatorskiego MMA? To już jest inaczej jak człowiek staje na podium, dostaje fajny medal, siatkę pełną nagród. Ja mam zaufanie do Sławka Cypla do tego co robi. A to, że czołowy oszołom branży ma do niego pretensje, że pieniądze na tym zarabia… no kurde. Sławek ma jeszcze PCK na czole wytatuować? Za darmo to w twarz nie dają. A ktoś ma pretensje, że sam biznesowo nie umie dopiąć do końca żadnego tematu.

Zejdźmy już ze sportu. Mieliśmy rok 2020, globalna pandemia. Jak ona się na tobie odbiła? Od razu zapytam, jakie plany w związku z tym na 2021?

Na mnie się odbiło tak, że moim planem na 2020 było zrobić więcej medali niż w 2019stym. Wtedy udało mi się zrobić 10 medali. W 2020 w styczniu i lutym samym miałem tych medali pięć. Byłem więc pewien, że się uda. W maju miałem lecieć do Barcelony, by znowu zdobyć mistrzostwo europy. Planem było dobrze się przygotować, miałem nawet trenera, który miał być moim sekundantem, Kamil Umiński. Ja niestety mam też wadę, że często gęsto przesadzam. Tak było przed Mistrzostwami Polski, gdzie uciekła mi ta impreza, niestety, naderwałem mięsień dwugłowy. Dlaczego? Bo przesadziłem.

A jeszcze co do pandemii. Uciekło nam tona zawodów. Nie ograniczaliśmy się do MMA. Były chwyty, była też sanda, kickboxing. Dużo planów, ale wiadomo, przez brak frekwencji spowodowanej pandemią nie można było tego zrobić. Mam nadzieję, że koniec stycznia, początek lutego będzie już lepiej. Że w 2021 uda mi się wystartować nie tylko w MMA i na chwyty, ale też zrobić nowe debiuty, w kickboxingu oraz w zapasach.

Czego boi się Piotr „Kotlet” Kurkus? Życiowo, sportowo?

Utraty zdrowia. A sportowo? Niczego. Sportowo można się co najwyżej bać tego samego co w życiu – o zdrowie. Jak nie masz zdrowia to dopiero żałujesz wszystkiego. Jak walczyłem z kontuzją 5 tygodni, to była dla mnie gehenna.

Pomówmy na moment o rodzinie. To pewna skomplikowana część twojego życia, która wpłynęła na jeden z twoich wyjazdów do Australii.

Rodzina jest ważna, to oparcie w wielu kwestiach sportowych jak i życiowych. Super się czuję, jak jadę na zawody i wiem trzymają za mnie kciuki. Że nie robią problemów, żeby trenować, bo wiedzą że bez tego usycham. Zawsze chciałem być dobrym ojcem, bo ja ojca jako takiego nie miałem. Kiedyś pojechałem na Puchar im. Generała Choia do Australii, gdzie przebywał mój ojciec i po 17 latach się z nim spotkałem, na życzenie mojej matki w zasadzie, bo nie chciałem się z nim spotykać. Ja byłem w Sidney na zawodach, on mieszkał w Melbourne. Spełniłem życzenie matki i spotkałem się z nim, mimo że przez 17 lat tak się przejmował mną że chyba z 2 razy zadzwonił i wysłał całe 100 dolarów australijskich.

Wizyta była jaka była. Nie było żadnych agresywnych incydentów, nic takiego, zresztą bardziej się mną zajmowała ówczesna żona z córką niż on. Po czym, w następnym roku, miałem jechać bronić tego Pucharu. Niestety, w ambasadzie Australii odmówiono mi wizy, argumentując to, że mój ojciec złożył donos na mnie, że groziłem mu śmiercią i musiała interweniować policja. To jest bzdura. 3 dni zajęło im zweryfikowanie tego, po czym stwierdzili że jednak nie ma przeszkód by mi dać wizę. Tyle, że nauczeni doświadczeniem z poprzedniego roku, ile trwają loty aklimatyzacja, że to nie miało sensu. Ja nie chciałem robić faux pas wobec sponsorów, że wydadzą duże pieniądze na wycieczkę dla mnie.

Ostatnie 2 pytania. Dużo zbierałeś w karierze?

Do pewnego momentu tak. Ja lubiłem się zawsze bić, iść na wymianę, być taki bezkompromisowy. Później, jak nabrałem więcej doświadczenia startowego, obicia, kiedy na sparingach miałem bardzo mocną ekipę z LKS Lotos Jabłonna. Ba, sam trener Tomasz Szczepaniuk też czasem potrafił gonga dobrego wycedzić… odechciewało ci się przyjmowania. Zacząłem walczyć bardziej rozsądnie, zdobywać punkty, szanować zdrowie. Wszystko z czasem.

Jak sądzisz, przy tym co przed chwilą powiedziałeś, czy przerwałeś karierę w odpowiednim momencie, że możesz sobie powiedzieć coś w stylu „tak, to był idealny moment, nie jest ze mną tak źle.”? A może czujesz, że kariera jakoś się na tobie odbiła, masz efekty uboczne, jak niektórzy bokserzy?

Znaczy jedną rzecz powiem. Nie nazywałbym swojej przygody ze sportem nazywać karierą. Karierę jako zawodnik zrobił Janek Błachowicz a jako trener Robert Jocz, Paweł Derlacz czy nie wiem, Andrzej Kościelski. Mój przypadek nazwałbym przygodą. Super przygodą. Bawiłem się w Taekwondo. Potem prowadziłem klub i trochę trenowałem, ale mniej. W pewnym momencie jednak stwierdziłem, że jeżdżę z chłopakami na te zawody, robię z nimi na sali. Fakt, zapuściłem się, ale poszedłem na pierwszą poważną dietę i uważam, że teraz jestem w lepszej formie, niż za czasów Taekwondo. Teraz staram się mądrzej trenować, pilnować regeneracji. Wiem kiedy odpuścić, gdy nie czuję się najlepiej. Czy w odpowiednim momencie? Wiesz, nie uprawiałem tak ciężkiego sportu jak boks, bo to jest bardzo ciężka i wyniszczająca dyscyplina. Ale, odpukać, miałem to szczęście, że dzisiaj jest dobrze.

Wysławiasz się na razie bardzo dobrze.

Dziękuję, staram się, studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim w czasach kiedy to były studia, a nie, kiedy zostawałeś magistrem i mówiłeś „poszłem”. To była pedagogika, specjalizacja andragogika czyli pedagogika ludzi dorosłych. To jest tak jak z tym czarnym pasem, na piątym roku przerwałem. Nie pochodzę z zamożnego domu. Chciałem trenować, musiałem pracować. To był okres, kiedy nie było łatwo o sponsorów. Ale na przykład w dalszym ciągu lubię czytać książki i szukam czasu na czytanie. Ostatnio przeczytałem biografię Tysona Fury’ego. Walczę teraz z moim synem aby czytał. Ale wiadomo, za moich czasów nie było takiego wyboru. Nie było Internetu. Nie było konsol do gier.

Dzięki za wywiad!