MMA PLBabilon MMACzy pandemia dała nam najlepsze gale MMA?

Czy pandemia dała nam najlepsze gale MMA?

Foto: KSW
Foto: KSW

Coś wcześniej niespotykanego zaczęło ostatnio się dziać w MMA. Powrót zaczął się od UFC. Potem poszło polskie MMA, z KSW na czele. A od niedawna słychać o powrocie czołowych organizacji pokroju LFA czy ACA. Sport odżył – i to jaki!

Urodzone w bólach UFC 249

Napisać, że przy UFC 249 mieliśmy rollercoaster zdarzeń, to jak nie napisać nic. Najpierw komisja w Nowym Jorku odmówiła sankcjonowania eventu, później mistrz wagi lekkiej, Chabib Nurmagomiedow, musiał zostać wycofany z udziału z gali. Tym samym, po raz piąty umarło świetne zestawienie Numragomiedow vs. Ferguson. Po szybkim przegrupowaniu, UFC wystawiło nowe działa i na zaplanowane na 18 kwietnia wydarzenie rzucili nowe karty. Ulubieniec fanów, Justin Gaethje, miał skrzyżować rękawice ze wspomnianym już Tonym Fergusonem. Na karcie dodatkowo miały się znaleźć zestawienia Ngannou vs Rozenstruik, Luque vs Price 2, Cutelaba vs Ankalajew 2 czy Azaitar vs Johnson.

Próba szybkiego powrotu do sportu w czasie pandemii nie spodobała się jednak szefostwu Disneya, które wykonało telefon do Dany White’a. Gala musiała zostać przełożona na 9 maja. Wtedy też dostaliśmy kombinację kilku rozpisek UFC. Walką wieczoru dalej został pojedynek Gaethje vs Ferguson. Ale dodatkowo na karcie znalazł się Henry Cejudo z Dominickiem Cruzem, Wspomniani już Francis Ngannou i Jairzinho Rozenstruik, Calvin Kattar z Jeremym Stephensem, a we wstępnej takie nazwiska jak Anthony Pettis, Donald Cerrone, Fabricio Werdum czy Aleksiej Olejnik.

Karta była świetna, dała nam dwie ostre wojny pomiędzy Gaethje i Fergusonem oraz Price’em i Luquem. Francis Ngannou przypomniał po raz kolejny o kowadłach jakie nosi w pięściach i 20 sekund uporał się z Jairzinhem Reznstruikiem. Henry Cejudo obronił pas wagi koguciej z Domicnikiem Cruzem, po czym, kompletnie znikąd, przeszedł na emeryturę.

Tylko najwięksi malkontenci mogli narzekać na UFC 249 – nie zabrakło tam niczego. Po takiej przerwie była to najlepsza gala, jaką można było zorganizować.

Polskie MMA w natarciu

I nad Wisłą nie próżnowano. Jako pierwszy powrócił Babilon MMA, już bez takiego rollercoastera jak UFC. Na gali Tomasza Babilońskiego Patryk Kaczmarczyk przedarł się do świadomości kibica MMA, na pełnym dystansie rozbijając Krystiana Krawczyka. Sebastian Rajewski natomiast zaproponował nam mocnego kandydata do nokautu roku, posyłając widowiskowym kopnięciem Mariusza Mazura do krainy snów. W walce wieczoru natomiast Łukasz Brzeski w końcówce drugiej rundy odprawił Michała Piwowarskiego, umacniając pozycję czołowego ciężkiego w naszym kraju.

Później wróciło Fight Exclusive Night. Organizacja Pawła Jóźwiaka, z powodu pandemii, ruszyła na podbój sceny PPV. W walce wieczoru wystawili swojego mistrza, Mateusza Rębeckiego. Popularny „Chińczyk” podjął znanego z KSW Fabiana Silvę, znanego jako “Jacarezinho”. Brazylijczyk został jednak zatrzymany przez Polaka już pod koniec pierwszej odsłony pojedynku. Po raz kolejny potwierdziło się, że dla Rębeckiego powoli brakuje konkurencji. Czy to nie czas na UFC?

W innych walkach FEN-u Oli Thompson sensacyjnie został nowym mistrzem wagi ciężkiej, gdy ekspresowo ubił Szymona Bajora. Równie szybko uwinął się Michał Kita, wysyłając Igora Pokrajaca na emeryturę. W walce dwóch czołowych półciężkich Marcin Wójcik okazał się lepszy od szalonego Rafała Kijańczuka. Pokonał go brutalnym ground and pound już w drugiej rundzie.

Fani walk na gołe pięści dostali Wotore, Gromdę i Krwawy Sport. Babilon MMA natomiast poszło za ciosem i zorganizowało kolejną galę. W walce wieczoru były zawodnik UFC, Paweł Pawlak, w końcówce pojedynku efektownie oprawił powracającego po dwóch latach Filipka Tomczaka. W drugiej walce Kevin Szaflarski nie miał żadnych problemów z Damianem Olszewskim. Po raz kolejny szerokiej publiczności miał okazję pokazać się wspomniany Patryk Kaczmarczyk. Odprawił on solidnego Huberta Sulewskiego przez nokaut w pierwszej rundzie.

Nie był to zły czas w polskim MMA. Zobaczyliśmy kilka dobrych pojedynków, dużo nokautów, jedno poddanie w wykonaniu znanego z KSW Jakuba Kamieniarza. Nie było źle. Ale najlepsze dopiero nadchodziło.

Powrót gal z USA

Podczas obecnego weekendu emocji nie brakowało. Powróciło LFA, dobra amerykańska organizacja, skupiająca się na dobrze rokujących zawodnikach. W walce wieczoru Justin Gonzales przedłużył niepokonany ciąg zwycięstw do jedenastu, stopując na początku czwartej rundy twardego boju Jake’a Childersa. Była to bardzo brutalna walka. Gonzalez trafiał potężnymi bombami rywala, który prawie że przestał odpowiadać na ciosy. Tym samym Justin został mistrzem LFA w wadze piórkowej.

Na tej samej gali Maycon Mendonca poddał w drugiej rundzie ciasnym trójkątem Kasisusa Kayne’a. Brazylijczyk pokazał kilka ciekawych myków w stójce, zwłaszcza obrotowe kopnięcie na korpus, które było początkiem końca Amerykanina. Po zainkasowaniu ciosu, Kayne poszedł w parter gdzie chwilę później musiał odklepać wspomniane już duszenie. Najbrutalniejszą akcję mogliśmy jednak podziwiać pojedynek wcześniej. Podczas wymiany między weteranem UFC, Bostonem Salmonem, a Shawnem Westem, doszło do uderzenia prawy na prawy. Obaj panowie się zamroczyli, ale to West pierwszy odzyskał świadomość. Dobił naruszonego rywala i soczystym kopniakiem wysłał Salmona do krainy snów. Pech chciał, że kopnięcie okazało się nielegalne. West przegrał przez dyskwalifikację. A szkoda, bo akcja zacna.

LFA zrobi jeszcze trzy wydarzenia w najbliższym czasie. Co piątek w aplikacji UFC Fight Pass można oglądać na żywo ich gale. Na najbliższej gali dojdzie do walki o pas wagi słomkowej kobiet. Poza LFA, do życia wraca również druga najważniejsza organizacja w USA, Bellator MMA. Zawodnicy walczący dla Scotta Cokera będa mogli wrócić do akcji już 24 lipca, gdzie zrobi wspólny event z Showtime Boxing.

Reborn

W sobotę doszło do dwóch naprawdę udanych gal. KSW wyszło z najlepszą rozpiską od dawna, która w 100% opierała się na sporcie. Efekt? Na osiem walk, aż siedem skończyło się przez KO/TKO. Najbardziej widowiskowe nokauty mogliśmy zaobserwować u Michała Pietrzaka i Artura Sowińskiego. Ten pierwszy potrzebował niecałej minuty, by położyć spać naprawdę solidnego Kamila Szymuszowskiego. Popularny “Kornik” natomiast znokautował Gracjana Szadzińskiego. Jest to o tyle zaskakujące, że przed walką bukmacherzy obstawiali, że to właśnie reprezentant Berserkers Team Stargard będzie faworytem do posłania rywala na deski. Sowińskiemu dawano zaś większą przewagę na punkty.

Ciężkich ciosów nie brakło w starciach Roman Szymański vs Filip Pejić oraz Andrzej Grzebyk vs Tomasz Jakubiec. W pojedynku wagi lekkiej oryginalnie w miejsce Chorwata miał pojawić się mistrz Oktagon MMA, Mateusz Legierski. Emocji jednak nie brakowało, a Chorwat kilka razy zagroził rywalowi, zmuszając go do głębokiej defensywny. Ostatnie skończył jednak w krucyfiksie rywala, skąd, pod gradem ciosów, sędzia Tomasz Bronder przerwał pojedynek na 20 sekund przed końcem. Starcie Grzebyk vs Jakubiec natomiast z początku zapowiadało się na „walkę wieczoru” – panowie stali na środku klatki i wymieniali się ciężkimi ciosami. W połowie rundy trafił jednak sierpem w kontrze, wysyłając Jakubca na deski. Od tamtej pory Reprezentant Bastionu Tychy nie wrócił już w pełni do walki – Grzebyk kontrolował sytuację, czy to na ziemi, czy w stójce, ostatecznie ubijając rywala na początku drugiej rundy.

Trzy głównie walki KSW nie zawiodły również. Po pięciu latach przerwy wrócił Tomasz Drwal, który po profesorsku odprawił Łukasza Bieńkowskiego, w drugiej rundzie z łatwością zdobywając dosiad i na spokojnie rozbijając rywala. Borys Mańkowski, w naprawdę twardym boju, wypunktował Marcina Wrzoska. Werdykt był jak najbardziej uczciwy i jakakolwiek mowa o „kradzieży” nie powinna mieć miejsca. W walce wieczoru Mateusz Gamrot zniszczył boksersko Normana Parke’a, kończąc tym samym jedną z najbardziej zaciekłych rywalizacji w KSW. Irlandczyk z Północy po prostu nie istniał na tle zawodnika ATT.

Gala była świetna. Nie mówię tego często o produkcie jakim jest KSW, ale i w tym przypadku ja bije pokłony. Świetny matchmaking, emocje od początku do końca, sporo niespodzianek. Jedna z lepszych gal KSW.

A na deser UFC!

Fight Island – tak reklamowano w mediach od miesięcy pomysł Dany White na gale UFC poza Stanami Zjednoczonymi. Ostatecznie wybór padł na Yas Island – sztuczną wyspę w Abu Zabi. Organizacja UFC gościła tam już wcześniej trzykrotnie. Początkowo mistrz wagi półśredniej, Kamaru Usman, miał bronić pasa przeciwko Gilbertowi Burnsowi. Brazylijczyk musiał zostać wycofany z pojedynku. W jego miejsce sensacyjnie wskoczył Jorge Masvidal.

Gala na pewno nie zawiodła. Davey Grant z Martinem Dayem i Raulian Paiva z Żałgasem Żumagułowem dali twarde pojedynki. Zwłaszcza starcie Anglika z Amerykaninem w pewnym momencie poszło w stronę zarzucania się bombami. Mocniejszą strzelił grant, usypiając rywala w połowie trzeciej rundy.

Fani z Polski mogli liczyć na występ Marcina Tybury z Maksimem Griszinem. „Show” na wstępnej skradły jednak cztery kolejne pojedynki. Najpierw Roman Bogatow heroicznie wrócił do świata żywych w starciu z Leonardem Santosem, kiedy to przetrwał nawałnice ciosów w drugiej rundzie. To jednak nie koniec, bo w trzeciej rundzie Rosjanin trzykrotnie sfaulował rywala, dostając karę odjęcia dwóch punktów. Chwilę później w klatce zameldował się Makwan Amirkhani, który ekspresowo poddał Danny’ego Henry’ego naprawdę ciasną anakondą.

Muslim Salichow i Elizeu Zaleski zaś postanowi dać pokaz rodem z filmów akcji, kręcąc się niczym Anthony Pettis za najlepszych czasów. Ostatniecznie wedle sędziów lepiej prezentował się Salichow, co nie spotkało się z ciepłym przyjęciem fanów w mediach. Wedle MMADecisions, aż 84% internatów i 14/16 redaktorów ze świata punktowało pojedynek na korzyść Brazylijczyka. Do pracy punktowych nie musiał zapędzać natomiast Jiri Prochazka. Czech już w drugiej rundzie fenomenalnego boju, pełnego pogardy do defensywny, znokautował Volkana Oezdemira, udanie debiutując w UFC.

Karta główna rozpoczęła się szybkiego poddania. Amanda Ribas balachą najprawdopodobniej zakończyła karierę Paige VanZant w UFC. Chwilę później Rose Namajunas w szybkim i efektownym boju niejednogłośnie na punkty pokonała Jessice Andrade. Brazylijce najbardziej zaszkodził… narożnik! Po dwóch rundach, w których widać było mocną przewagę Amerykanki, przekonywali swoją zawodniczkę, że wygrywa. W rezultacie, mając naruszoną Namajunas, Andrade nie ruszyła za ciosem.

Trzy korony

Emocji nie brakowało w dwóch pierwszych walkach mistrzowskich. Petr Jan zafundował Jose Aldo drugą porażkę w kategorii koguciej, kończąc go przed czasem w piątej rundzie. Brazylijczyk nie prezentował się najgorzej. Robotę u niego, niczym za dawnych czasów, znowu robiły niskie kopnięcia, które ostro zaprzągł do działania od drugiej rundy. Od trzeciej panowie wdali się w bijatykę. Na początku piątej rundy Aldo poleciał na deski i Yan ruszył go dobijać. Tutaj skarcić trzeba albo sędziego Leona Edwardsa albo i narożnik Brazylijczyka. Aldo dostał ponad setkę ciosów, na które nie odpowiadał. Jednym z zadań zarówno ringowego jak i narożnika jest chronić zawodnika przed nim samym – kiedy jest zbyt dumny by się poddać. Ktoś tego nie dopilnował. Jedno z tych przerwań, o których spokojnie można powiedzieć, że przyszły za późno.

Natomiast punkty skończył się rewanż Maxa Hollowaya i Alexandra Volkanovskiego. Amerykanin dobrze zaczął pojedynek w dwóch pierwszych rundach – dwukrotnie naruszając rywala w końcówkach. Mistrz natomiast wyraźnie lepsze miał rundy ostatnie, notując w nich przewagę uderzeń oraz sprowadzenia. Kluczowa okazała się runda trzecia, najbliższa z możliwych. Sędziowie nie byli jednomyślni, ale ostatecznie wskazali Volkanovskiego jako zwycięzcę. Fani zaczęli kłócić się w social mediach tak żarliwie, że nawet sam Holloway prosił o spokój.

Dużo „spokojniej” było w walce wieczoru. Kamaru Usman zrobił co do niego należało i zapaśniczo stłamsił Masvidala. Amerykanin nie miał większej odpowiedzi na klincz rywala. Kibice dają upust swojemu oburzeniu w social mediach, złorzecząc Nigeryjczykowi za „nudny” styl walki. Fakt, fani just bleed mogli narzekać. Ale mogli się tego spodziewać. Jedna jaskółka w postaci walki z Covingtonem wiosny nie czyni – Usman to grinder, człowiek który będzie chciał cię wcisnąć w siatkę. Ja o tym pamiętałem i nie łudząc się na szczęśliwy traf Masvidala, dotrwałem do końca. Ale nawet mimo tego z gali zadowolony byłem niezmiernie.

Intensywne odmrażanie

Prawie dwa miesiące UFC musiało pauzować z powodu koronawirusa. KSW jeszcze dłużej. Obie organizacje proces rozmrażania rozpoczęły z grubej rury, od solidnych sportowo rozpisek. I były to naprawdę solidne gale. Zarówno UFC 249 jak i KSW 53 to moje ulubione gale tego roku jak na razie. Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Zobaczcie jak ta przerwa „dobrze” zrobiła dyscyplinie.

Dawno nie pamiętam takiego momentu, kiedy co gale obserwujemy potencjalnego kandydata do nokautu lub walki. Kiedy twarde pojedynki trafiają się co i rusz. Zawodnicy zgłodnieli i my razem z nimi. Podczas tych dwóch i pół miesięcy od powrotu UFC mało było takich walk, o których mogłem powiedzieć „nuda i strata czasu”. Co prawda wybredny nigdy nie byłem, ale na szybko nie mogę sobie nawet przypomnieć takiego pojedynku. Każdy miał coś ciekawego do pokazania.

Ta przerwa była potrzebna nam wszystkim, byśmy mogli docenić sport. A i sam sport, będąc w chwilowym odwrocie, musiał się przegrupować i uderzyć ze zdwojoną siłą. I dlatego dostaliśmy okres chyba najlepszych gal w MMA – a przynajmniej najlepszy od bardzo długiego czasu.