„Piłkarze to cioty, tylko fighterzy mają jaja” – co łączy bramkarzy z fighterami, komu należy się prawdziwy szacunek (i czy komukolwiek z wymienionych), a dla kogo pogarda po wsze czasy… 

Od razu uprzedzam, tekst nie jest o piłce tylko pewnym zjawisku. Ci zainteresowani pro tekstami o piłce muszą się udać na swoje prywatne Facebooki, tam teraz każdy jest trenerem każdej kadry 

 Gdy tylko rozpoczęły się mundialowe zmagania w Rosji, cały fighterski internet zalała fala grafik i filmików które dissowały piłkarzy. Z perspektywy osoby siedzącej „od zawsze” w środowisku sportów walki, było to nawet zabawne i odrobinę satysfakcjonujące. Wreszcie ktoś dokuczał milionerom biegającym za kawałkiem napompowanej skóry! Filmowe kompilacje były bezlitosne. Udawanie kontuzji i płaczliwe skargi na nieistniejące faule przez ulizanych gogusi vs. twardzi goście zamknięci w klatce, bijący się w kałuży krwi, a po walce oddający sobie szacunek. Czy może być coś bardziej działającego na wyobraźnie? Od razu rodzi się polaryzacja: sport dla chłoptasi vs. prawdziwi twardziele. Ze smutkiem przyznaje, że sam niejednokrotnie przyłożyłem rękę do takiej narracji obecnej w mediach społecznościowych. Niedawno jednak dopadła mnie refleksja. Czy to jest zasadne? Kto tak naprawdę ma jaja i czy na pewno zawsze są to zawodnicy sportów walki. Co to w ogóle znaczy mieć jaja i być twardym?

 Na początku trzeba będzie zdefiniować pojecie „prawdziwy twardziel”, bo jest ono nieostre i dla każdego oznacza coś innego. Dla mnie to gość, który jest odważny, nie dyga przed byle czym i nie zostawi Cię na lodzie. Nie tylko na zawodach i treningach, ale również w codziennym życiu. To drugie jest nawet ważniejsze, bo przecież życie „zdarza się” dużo częściej niż treningi i zawody. Czy aby zawsze spotkani przeze mnie fighterzy mieścili się w tej definicji? No właśnie… Znam środowisko SW od podszewki. Miałem w życiu taki czas w którym dorabiałem sobie stojąc na ochronie w nocnych klubach. Rola wykidajły nie była spełnieniem moich życiowych marzeń, ale pensja była na tyle dobra, że mnie skusiła i co tydzień łatała wątły domowy budżet. Pewnie nie wiecie, ale wam powiem, że praca „bramkarza” (nomen omen) wymaga specyficznych predyspozycji. Całą noc użerasz się z problematycznymi debilami, bo przecież tych grzecznych gości widzisz tylko na chwilę. Wchodzą i mówią „dzień dobry”, bawią się, wychodzą i mówią „dobranoc”. Natomiast Ci niegrzeczni debile są do twojej dyspozycji całą noc w konfiguracji jaką sobie tylko wymarzysz. Ten nie zapłacił za drinka, tamten obmacuje dziewczyny, ten bije się w kolejce do kibla, tamten rzuca butelkami w klub bo go nie wpuścili, ten sika w kącie sali, a tamten okrada kurtki powieszone na krzesłach, ten wciąga koks na barze, a tamten kradnie alko z za baru… Do wyboru do koloru. Musisz mieć naprawdę nerwy ze stali i jaja z tytanu. Dlaczego o tym pisze? Bo na bramkach zwykle pracowali ludzie mniej lub bardziej związani ze sportami walki. Były sytuacje w których można było przetestować: czy ktoś ma tytan w majtkach czy jego slipy są wypełnione pluszowymi misiami. Zadania testowe? Proszę bardzo:

Najebany gość podczas dyskusji na wejściu do klubu wyciąga klamkę i grozi, że was odjebie jak nie wejdzie. Nie wiesz czy to giwera, straszak, gazówka czy atrapa. Co robisz?

Wychodzisz sam po skończonej robocie o trzeciej w nocy. Pusty parking, ciemno jak w dupie, a tam czeka na ciebie dziesięciu gości z pałami. Jednego poznajesz, wyrzuciłeś go tej nocy najebanego z klubu. Zamierzają Ci zrobić trepanacje czaszki, ale nie wyglądają na lekarzy specjalistów, raczej na grabarzy. Wołasz głośno ziomka z którym pracowałeś tej nocy, ale nie słyszy, albo nie chce słyszeć. Co robisz?

Wyprowadzasz naćpanego gościa z klubu, on wraca za 20 minut i rzuca się na ciebie z pianą na ustach i z nożem w łapie. Co robisz?

Barmanka woła Cię, bo gość nie zapłacił za drinka. A ten ananasek na twój widok chwyta kosę z za baru do krojenia limonek i grozi, że najpierw wbije ją barmance, a później tobie. Co robisz?

Stoisz z dwoma ziomkami na wejściu, jesteście sami, a tu nagle leci na was banda 30 typa z kamieniami, butelkami i bejsbolami, bo tydzień temu jeden z nich dostał w ucho za obmacywanie dziewczyn na parkiecie. Wiesz, że jest was za mało i że dostaniecie ciężki wpierdol. Co robisz?

Barmanka dzwoni, że koleżance ze zmiany naćpany gość rozbił butelkę na twarzy i ona leży cała we krwi, a tamten biega z tulipanem po klubie. Wygląda jakby był na kuracji, potem wciągnął wszystko co mieli dilerzy w klubach na Mazowieckiej, a na koniec popił wódką. Co teraz?

To tylko część z historii o których opowie wam każdy kto kiedyś pracował na bramce. Brzmi jak poligon? Bo czasami tak było. A na tym poligonie mogłeś sprawdzić czy ziomek który jest dobry na treningu i w ringu, nie wymięknie i nie zostawi cie na lodzie jak tamtych będzie dwudziestu, a was w robocie akurat tylko dwóch. Czasami to była brutalna wojna. Nie ma się co czarować – nie byliśmy tam gośćmi co wkładają kwiatki w lufy karabinów. Smutna refleksja jest taka, że nie każdy dobry zawodnik i fighter miał jaja. Niestety, część nie miała. Bez ksywek i szczegółów, ale tak niestety bywało. Dlatego jak widzę memy gloryfikujące sportowców zajmujących się sportami walki, że niby są tacy twardzi, a reszta „to pedały” zawsze myślę sobie o tych sytuacjach. Czy to znaczy, że Ci co nie wymiękali to „prawdziwi twardziele”? Dla mnie tak, ale to też tak naprawdę niewiele znaczy. Dlaczego? Bo znam jeszcze większych twardzieli…

Wróćmy do piłkarzy. Nie znam ich zbyt wielu. Nie lubię piłki, niezbyt często ją oglądam. Dla przykładu powiem, że z tego mundialu widziałem 20 minut meczu. I to tylko dlatego, że leciał jak akurat jadłem obiad w knajpie. Ruscy strzeli gola, już nawet nie pamiętam komu  Nie wiem czy piłkarze to twardziele czy też (jak chcieliby twórcy niektórych memów) „cioty”. Osobiście uważam, że nikomu nie należy się szacunek z automatu. Nieważne jaką dyscyplinę sportu uprawia. Jak dla mnie piłkarz, fighter i brydżysta startują z tego samego poziomu. Ważne jest to jakim jest człowiekiem i tylko to się liczy przy ocenianiu ich. Inna sprawa, że zdarza się sensowna krytyka piłki nożnej na poziomie systemowym i warto się nad nią zastanowić. Czy to normalne, że taki piłkarz zarabia miliony, a osoby naprawdę służące społeczeństwu jak nauczyciele i pielęgniarki dostają za swoją pracę grosze? Jak myślisz? Oczywiście, nadal wolę żeby to sportowcy zarabiali miliony, bo przynajmniej promują w mediach sportowy tryb życia, a np. tacy celebryci nie. Nie mniej jednak ta dysproporcja w zarobkach jest zastanawiająca. Przecież te wymienione wyżej zawody mają naprawdę różną społeczną użyteczność. I to jest rzecz która mnie naprawdę nurtuje, a nie to czy „piłkarze to cioty, a fighterzy mają jaja”.

Tak jak wcześniej pisałem – znam osoby które nawet małym palcem nie dotykają sportu, a „mają jaja”. Jeden z największych twardzieli jakich poznałem, to moja nieżyjąca mama. Krzykniesz mi: „JAK TO?!”. Przecież Ty wygrałeś niejedne zawody i nie wymiękłeś na widok noża nawet jak ich było dwudziestu! A Ona mój drogi wychowała w ciężkich czasach trzech synów uber łobuzów. Samotnie. Dała im dom, miłość i wykształcenie. Sama. To się nazywa mieć jaja. To jest odwaga i charakter. Ludzie którzy się nigdy nie poddali i z życiem się wzieli za bary – tacy mi naprawdę imponują. Dla nich prawdziwy szacunek!

Dyskusja

Pitbull Sports