MMA PLJan BłachowiczDzięki Janek, że nie zostałeś Mamedem…

Dzięki Janek, że nie zostałeś Mamedem…

Wielki sportowiec, uznany nad Wisłą, mistrz największej organizacji MMA w Polsce – KSW. Sportowo odstający od reszty swojej kategorii, ma możliwość w końcu spełnić pokładane w nim ambicje, udając się do największej organizacji MMA na świecie – UFC. Opisałem wam Janka Błachowicza? Tak. Ale opisałem też inną postać – Mameda Chalidowa. Czeczen z Polskim paszportem już w 2012 dostał ofertę od najważniejszej ligi MMA, gdy pochodzący z Cieszyna Błachowicz musiał czekać jeszcze 2 kolejne lata.

12.05.2012

Mamy KSW 19. W walce wieczoru Mariusz Pudzianowski, po ciężkich przygotowaniach w American Top Team, pokonuje w heroicznym boju Boba Sappa. No dobra, popularna „Bestia znowu przyjechała tylko po wypłatę. Drugim bohaterem tego wieczoru był skromny Czeczen z Olsztyna – Mamed Chalidow.

Walczący w barwach Arrachionu zawodnik w mniej niż dwie minuty posyła na deski Rodneya Wallace’a, zadając Amerykaninowi pierwszą porażkę przez nokaut w karierze. Komentator życzeniowo zapowiada „Drżyj Anderson Silva!”. Po walce, w rozmowie z Mateuszem Borkiem, urodzony w Groznym Chalidow wypowiada zdanie, które chciał wtedy usłyszeć każdy fan MMA. „Tutaj chciałem wyrazić teraz wielką chęć spróbowania się za oceanem w UFC. Pragnę tego. Chciałbym tutaj z wielką prośbą do właścicieli KSW, moich managerów, aby załatwili mi walkę w UFC. Chciałbym dobrze reprezentować Polskę i wygrywać tam walki”.

Kibice oszaleli, internet oszalał, wszyscy oszaleli. Oto najzdolniejszy zawodnik wychodzący pod barwami naszego kraju zadeklarował chęć podboju najważniejszej organizacji MMA na świecie. Było to przed wielkim szturmem Polaków z 2013 r, kiedy to rekord 3-0 osiągnęli Piotr Hallmann, Daniel Omielańczuk i Krzysztof Jotko. Mamed był tym jednym, wybrańcem, który miał zadomowić się w top 10, nawet w top 5. Stać się nowym Gołotą, na którego walki mieliśmy wstawać.

Wybór Strikeforce

Entuzjazm szybko opadł gdy pojawiły się przecieki o ofercie finansowej jaką UFC złożyło Czeczenowi oraz jego reakcji. Wedle pogłosek, w dobie kiedy standardowym kontraktem z amerykańskim gigantem była gwarantowana suma 8 tysięcy dolarów i tyleż samo za zwycięstwo, UFC potroiło ofertę, dając Chalidowowi aż 25 tysięcy. Niestety suma ta nie usatysfakcjonowała Mameda. Porównywał się on, niesłusznie, do Michaela Bispinga, okupującemu wtedy doły top 10 – Chalidow uważał że jest warty więcej niż Brytyjczyk, który, warto odnotować, dostawał wtedy… 100 tysięcy dolarów podstawy!

W grudniu tego samego roku, po fiasku negocjacji ze Strikeforce, Czeczen ogłosił podpisanie kontraktu z KSW. Temat walk dla światowego giganta nie wrócił aż do 2017, kiedy to UFC chciało go ściągnąć na UFC w Gdańsku. Oferowali o wiele lepsze pieniądze, walkę wieczoru i nazwisko Lyoto Machidy na debiut. Odmówił.

Po latach nie ma co się dziwić Mamedowi – miał rodzinę na utrzymaniu, wybrał pewniejszą opcję finansową. Kibice na starość zapewne nie opłacą mu rachunków czy rodziny. Ale ciężko było emocjonować się walkami Mameda, nawet kiedy walczył z dobrymi zawodnikami, kiedy przechodziło przez myśl, że mógł już walczyć o top 5, dawać nam nocne emocje. Bo na tym zbudowany jest sport dla kibiców – na emocjach.

31.01.2014

Gdy Mamed Chalidow nokautował Rodneya Wallace’a, Jan Błachowicz szykował się powoli do walki na KSW 20. Po raz pierwszy miał „zapukać do drzwi main eventu”, jak to mówił Maciej Kawulski. Niecały rok wcześniej Janek uległ Rameau Thierry Sokoudjou w walce, która była jego eliminatorem do UFC. Na wymarzoną szansę Jankowi miało więc przyjść jeszcze poczekać. Poddał Valtonena, zrewanżował się Kameruńczykowi, w walce nie o pas pewnie wypunktował Mirandę.

Na tygodnie przed swoim debiutem w walce wieczoru organizacja KSW postanowiła przenieść Błachowicza do miana drugiej walki wieczoru, a w jego miejsce wrzucić byłego strong-mana – Mariusza Pudzianowskiego, a samą imprezę ogłosić w systemie PPV.

Na KSW 20 Błachowicz zmierzył się więc z Houstonem Alexandrem. Zwycięstwo nie przyszło łatwo, Błachowicz uszkodził kolano. Mimo tego, na KSW 22 podjął wreszcie we właściwej walce wieczoru, Gorana Reljica.

Przed udziałem w KSW 25 wykluczyła Polaka kontuzja – zerwał więzadła w nodze. Wymagana była operacja i długa rehabilitacja. Proces powrotu do zdrowia relacjonowano w videoblogu „Operacja Big John”. To właśnie podczas drugiego odcinka tej produkcji Jan Błachowicz, mistrz KSW w wadze półciężkiej, ogłosił podpisanie kontraktu z Ultimate Fighitng Championship.

Tak znikąd nagle odżyły nadzieje na tego jednego zawodnika. Na top 10 i top 5. Na pretendenta. Finałem „Operacji” był debiut Janka Błachowicza podczas UFC w Sztokholmie. Błachowicz, zaraz po wyleczeniu naprawdę poważnej kontuzji i 567 dniach pauzy, miał podjąć Ilira Latifiego, lokalnego bohatera.

Tego samego dnia odbywało się KSW w Szczecinie. Podczas walki Anzora Azhieva nagle głosem Łukasza Jurkowskiego zabrzmiało „JAN BŁACHOWICZ WYGRYWA PRZEZ NOKAUT W PIERWSZEJ RUNDZIE”. Kibice wiedzieli. Tylko niedzielni fani nie śledzili debiutu “Cieszyńskiego Księcia” w UFC.

Wyboista droga w górę

Kolejne 5 pojedynków nie było najlepszym okresem w karierze Błachowicza. Przegrał 4 z nich. Z Jimim Manuwą zaprezentował się źle, zbyt pasywnie. Do pierwszej walki z Coreyem Andersonem wyszedł bez pomysłu, przegrywając sromotnie. Będąc zdecydowanym faworytem, nie potrafił skończyć Igora Pokrajaca, wdając się z nim w bezsensowne wymiany. Z Alexandrem Gustafssonem pokazał co prawda kawał dobrego boksu, zmuszając Szweda do używania zapasów. Ale z pleców nie nie był w stanie nic wyczarować. Wreszcie z Cumminsem Janek za mocno się podpalił, w drugiej rundzie osiągając punkt krytyczny, kiedy oddychał całym sobą, a i tak nie miał tlenu i musiał podpierać się w trakcie drugiej rundy.

Wszyscy spodziewali się zwolnienia z UFC. Błachowicz dostał ostatnią szansę na UFC w Gdańsku. Rzucając wszystko na jedną kartę zmienił klub, trenera, wrócił do korzeni. Opłaciło się. W ostatnich 8 walkach triumfował siedmiokrotnie. Pięć razy został też nagrodzony bonusami za występ wieczoru – najwięcej w historii startujących Polaków. W minioną sobotę, na UFC on ESPN+ 25, udanie zrewanżował się Coreyowi Andersonowi, wywalczając prawdopodobnie tytuł pierwszego pretendenta.

2, 4, 6 rano

Jan Błachowicz kilkukrotnie podkreślał w wywiadach, że początkowo finansowo walki w UFC wychodziły mu gorzej niż te w KSW. Oferta Amerykańskiego giganta na start nie mogła równać się pozycji, jaką miał w Polsce jako mistrz. Mógł wybrać jak Mamed – lekkie życie, skupione na obijaniu brazylijskich królów nokautów czy innych niebezpiecznych morderców, wyczarowanych przez matchmakerów KSW. I pewnie po latach nie byłoby o to żalu.

“Cieszyński Książę” postawił jednak wszystko na jedną kartę – na ambicję. Tego nie mogły zaspokoić żadne pieniądze znad Wisły. By uciszyć sportowe sumienie, Jan Błachowicz musiał ruszyć na długą i wyboistą podróż za metaforyczny ocean. Ale to właśnie ta podróż rozwinęła go do miana najlepszego męskiego reprezentanta Polski w historii. Takiego, na którego walki będzie się czekać. Niezależnie, czy będzie to 2, 4 czy 6 rano.