Wygrana, która wszystko utrudniła

Foto: Alexandre Schneider/Getty Images
Foto: Alexandre Schneider/Getty Images

Walka Jana Błachowicza z Ronaldo Jacare Souzą przeszła do historii. I raczej wiele osób szybko spróbuje o niej zapomnieć. Brazylijczyk większość swojej „ofensywy” spędził wpychając Polaka na siatkę. Błachowicz natomiast mocno wyrachowany, starał się punktować w stójce pojedynczymi ciosami. Wygrał niejednogłośnie, ale po takim pojedynku jego sytuacja się mocno skomplikowała.

Obraz sprzed walki

Cofnijmy się o 24 godziny, do momentu zanim panowie dzielili Oktagon. Błachowicz podchodził do tego pojedynku po brutalnym nokaucie na Luke’u Rockholdzie. Na ostatnich sześć pojedynków, Polak wygrał pięć. W czterech swoich zwycięstwach pokazał się na tyle dobrze w oczach Ultimate Fighting Championship, że został nagrodzony bonusami.

Wyłania nam się obraz zawodnika, którego warto śledzić. Dodajmy coraz sympatyczniejsze wywiady i w głowie fana MMA tworzy się obraz zestawienia Błachowicza ze Stephenem Thompsonem o miano najmilszego zawodnika UFC. Wbrew pozorom, w dobie Covingtonów tego świata taka postawa jest zauważana. Tekst Polaka, że przed MMA zajmował się tym samym, co Mario i Lugi, rozchodził się na Twitterze jak viral.

Amerykańscy fani naprawdę czekali na zestawienie Polaka z Jacare. Brazylijczyk oczywiście był faworytem publiczności, wielu kibicowało mu ze względu na sympatię do dawych czasów chociażby Strikeforce. Ale podskórnie większość czuło, że Błachowicz ogarnie.

Walka, której jakby nie było

Pojedynek trwał 25 minut – najdłużej w historii Błachowicza. Pamiętając poprzednie występy Janka, gdzie od drugiej rundy potrafił już oddychać każdą częścią ciała, jestem zaskoczony. Wyglądał tak „dobrze” w piątej rundzie pojedynku. Z tym, że złożyło się na to wiele czynników wewnątrz walki. Które bolą, jak się o nich powie głośno.

To co najbardziej mnie boli, to niskie tempo pojedynku spowodowane małą aktywnością Polaka. Jego rywal słusznie wyszedł z założenia, że nie ma sensu próbować ustrzelić Błachowicza w stójce. Próby obaleń i praca w klinczu były jedyną drogą, w której Jacare mógł zatriumfować – i prawie się udało.

Sam Janek natomiast popełniał kardynalny błąd z cofaniem się w lini prostej na siatkę. Znowu. W poprzednich pojedynkach też mu się to zdarzało, ale dzisiaj było to widoczne aż za bardzo. Dodajmy do tego pojedyncze ciosy – których, wedle ufcstats.com, wyprowadził ponad 100, w tym 70 znaczących – a wyłania nam się wyjątkowo nieporywający pojedynek, o którym chciano by zapomnieć.

Pokłosie

Nie oszukujmy – taki występ oddalił Janka od title shota. Corey Anderson za niewiele bardziej porywające walki ciągle ma powtarzane, że nie dostanie szansy na tytuł mistrzowski. Więc co dopiero Janek. Tym bardziej boli, że po wygranej nad Rockholdem podskórnie czułem że UFC chce zbudować Polaka jako rezerwowego pretendenta do pasa.

Brutalne ubicie Jacare w walce wieczoru poprawiłoby notowania Błachowicza. Dodajmy kontuzjowaną część czołówki i tą, ktora już walczyła z Jonsem a widzimy obrazek, w którym zostaje tylko 3 pretendentów – Reyes, Anderson i Błachowicz właśnie. Z racji że Dana White nie jest skory do dawania Coreyowi walki o pas, Reyes został już wstępnie zestawiony z mistrzem na luty. Pozostawało tylko w wypadku Janka postawić kropkę nad i, nokautując Aligatora.

Pech jednak chciał, że Janek nie „wszedł” do walki. Po pojedynku z wyżej wspomnianym Andersonem trener Andrzej Kościelski rzucił mocny punchline o Błachowiczu że „nie był w walce, conajwyżej w grze komputerowej”. Dzisiaj używanie tego sformułowania może być trochę za mocne – wszak Polak wygrał. Ale jest spore rozczarowanie. Czegoś zabrakło. Nie jestem w stanie określić, czy zwykłej agresji, woli zwycięstwa przed czasem czy może szczęścia i niezłamanej stopy.

Wiem że będę trzymał kciuki za Janka w kolejnej walce. Oby tym razem pokazał Legendarną Polską Siłę.