„Niech skończy to pier@%&3nie” – o McGregorze. „Nie interesuje mnie ten muslim” – o Aslambeku Saidovie. „Osrał zbroje” – o Uriah Hallu. Są takie komentarze, na które szkoda odpowiadać. Są takie reakcje i zachowania, które odrzucają człowieka i sprawiają, że traci się poczucie sensu jakiejkolwiek dyskusji – „Niech się kłócą, mam to gdzieś…”. Czy cenzura w Internecie może być ratunkiem dla środowiska MMA?

Jeszcze ładnych kilka lat temu nie sądziłem, że napiszę taki tekst. Zdarzały się ostrzejsze i wulgarne opinie, ale przynajmniej czasami udawało się nawiązać normalną, kulturalną dyskusję. Totalnie burackie komentarze były rzadsze, a ich autorzy raczej byli wyśmiewani i olewani. Dziś coraz bardziej panoszą się w mediach społecznościowych. To specyficzny, nowy typ internauty – zakompleksiony, radykalny, wulgarny, czerpiący radość z tzw. „gównoburzy”. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zburzy spokój, sprowokuje daremną, nic nie wnoszącą słowną bójkę, do której podłączą się inni facebookowicze głodni napinkowych wrażeń. Powoli zanika zdolność kulturalnego wyrażania opinii. I nie chodzi tylko o wulgaryzmy. Najpopularniejszy komentarz to najczęściej ten, który kogoś obraża, wyśmiewa. Nie może prezentować jakiejkolwiek myśli, bo nie zostanie zrozumiany. Powoli odchodzi do lamusa komentowanie na temat. W przypadku publicystycznych tekstów, najczęściej komentują je ludzie, którzy nawet ich nie przeczytali (zrozumienie tekstu to kolejny poziom niedostępny dla wielu „czytelników”).

Usuwać komentarze i blokować konta? Będzie płacz, bunt i wypowiedzenie wojny w imię… no właśnie… W imię czego? Wolności słowa? Bardzo mnie bawią te osoby, które widzą wolność słowa jako możliwość pisania bez jakiekolwiek sensu, bez  szacunku dla zawodników, organizacji, dziennikarzy, innych internautów. Być może spora część napinaczy przeniesie się tam, gdzie będzie mogła prowadzić swoją destrukcyjną działalność bez żadnych ograniczeń. „Wróg portalu” będzie szalał poza nim i najeżdżał, gdzie tylko się da, ale w zamian znajdzie się miejsce dla normalnych ludzi. Coś za coś. Może będzie mniej lajków i wyświetleń, ale zyska się coś cenniejszego – poczucie sensu.

A może zostawić wszystko i dać pełną swobodę komentowania, obrażania, napinki? Wkrótce będziemy „topić się” w szambie głupoty i prostactwa. Nie będzie się dało poruszyć trudniejszego tematu bez wywołania awantury. Atmosfera już nie będzie ciężka, stanie się po prostu nieznośna. To poczucie bezkarności jest paliwem dla wszelkiej maści internetowych awanturników, a to oni są najaktywniejsi i ich liczebność wzrasta. Swego czasu na różnych forach internetowych gromadzili się adepci i sympatycy MMA. Całkiem ciekawy poziom, spory sensowne, nie zawsze zakończone, ale istniało poczucie wspólnoty. Z czasem wszystko się rozwinęło – pierwsze portale, upadek forów, ale rozwój mediów społecznościowych i wzrost popularności MMA. Dawne poczucie wspólnoty gdzieś zaginęło. Brak kontroli pogłębi ten stan, a normalne komentarze zostaną zalane falą bezsensu.

Oczywiście nikt nie jest bez winy. Zarówno media, jak i sami zawodnicy wywołują przeróżne emocje, a to właśnie one dają popularność, oglądalność i zarobek. Wiele da się napisać o medialnych wojenkach, prostackich zachowaniach części organizatorów, zawodników i internetowych awanturach wywołanych właśnie przez nich. Warto rozbudzać emocje, ale nie prowokować. Warto dawać swobodę, ale obserwować sytuację. Czy będziemy to robić? To kwestia poczucia odpowiedzialności za to, co kiedyś udało się zbudować.

Jestem zwolennikiem racjonalnej cenzury. Nie można gnębić swoich czytelników i odrzucać ich za każdy błąd, jednak trzeba też postawić wyraźną granicę – określić, co można robić, a co będzie tępione. Terapia wstrząsowa odpada, ale nie można lekceważyć postępującej „choroby” kibicowskiego środowiska. Racjonalna cenzura może pomóc.

 

 

Dyskusja

Pitbull Sports