Był irytujący, nie dawał o sobie zapomnieć. Grał jak aktor, skupiał uwagę mediów. Walczył, imprezował, awanturował się. Nikomu nie odpuścił, również kibicom. Efekt? Po ostatniej walce Conor McGregor i Nate Diaz zarobili razem blisko 5 mln dolarów. To kolejny rekord zarobków. Chcąc, nie chcąc, ten irytujący McGregor przenosi MMA na inny poziom marketingowo-finansowy. Tak jak kiedyś w Polsce zrobił to „Pudzian”.

Już na samym początku zaznaczę (dla opornych), że pisząc o McGregorze lekko nawiązuję do Pudziana głównie pod względem marketingowym. Innych różnic nie będę tłumaczył, bo chyba nie trzeba. Co by nie mówić, to „Pudzian” rozpromował w Polsce MMA na szerszą skalę i gdyby nie on, znacznie później nasz sport dotarłby do masowego odbiorcy. McGregor zajął się promocją już znanego „produktu”, jednak docierał tam, gdzie jeszcze nikomu nie udało się dotrzeć. Nawet osoby średnio zainteresowane MMA zaczynają kojarzyć Conora i czekają na jego kolejne walki. Dziś to media społecznościowe pokazują, jak bardzo popularna jest dana osoba. McGregor jest królem Facebooka i Twittera. Miliony lajków, setki tysięcy udostępnień. Jeżeli wpisy Irlandczyka są popularniejsze niż wpisy Kobe Bryanta, to wiedz, że coś się dzieje…

Można krytykować metody McGregora na zdobycie popularności. Atakował nas wszędzie. Irytował, sam nakręcał historię swoich sporów z UFC i z innymi zawodnikami. Nawet jeżeli nie walczył, jego nazwisko wciąż było w newsach każdego portalu o MMA. Czułem przesyt i chyba nie byłem w tym odosobniony. Dodatkowo Irlandczyk osłabiał wizerunkowo najważniejszych ludzi w organizacji. McGregor opiera się na tym, na czym opierają się celebryci: zawsze wygląda dobrze (no może poza odklepywaniem duszenia Diaza z pierwszej walki), odpowiada błyskotliwie, ma przemyślane ruchy i gesty, budzi kontrowersje i zwyczajnie zaciekawia. Nawet jeżeli cię już zwyczajnie wk***ia, to i tak zajrzysz, co u niego słychać.

I chyba pierwszy raz mamy tak medialnego zawodnika MMA, który nie zdobywał popularności w innej dyscyplinie. Brock Lesnar w USA i Mariusz Pudzianowski w Polsce to zawodnicy, którzy stali się sławni nie dzięki MMA. Zawsze mówiono: gwiazdor wrestlingu lub „najsilniejszy człowiek świata”, którzy zdecydowali się zawalczyć w klatce/w ringu. Tym razem mówimy o zawodniku MMA, który stał się sławny walcząc w klatce. McGregor cały czas pokazuje, że marketingowy sukces jest też możliwy, jeżeli wybrałeś trudną karierę fightera MMA. I coś mi mówi, że doczekamy się kolejnych talentów, nie tylko sportowych, ale również marketingowych.

I warto się skupić na walkach McGregora z Diazem, które stają się fenomenem. Również Nate w odpowiedni sposób nakręcił „serial” i był godnym współpracownikiem Irlandczyka w robieniu wielkiego show. Amerykanin nigdy nie zarobiłby tyle kasy za walkę, gdyby nie McGregor. Być może dzięki ich starciom kolejne osoby zainteresują się MMA, a trzecia walka (chyba nie opłaciłoby się nikomu, gdyby z niej zrezygnowano) znów zelektryzuje cały świat sportów walki i nie tylko. Nie do końca wierzyłbym Danie White, że trylogia Diaz vs. McGregor nie miałaby sensu.

I chyba najfajniejsze jest to, że ludzie nie dostali samego marketingu, samych emocji pozasportowych. Forma nie przerosła treści. Można było zobaczyć naprawdę dobre starcia. Nie ma się czego wstydzić, szczególnie ostatniego pojedynku. Brawo dla Conora, który bardzo dobrze poradził sobie taktycznie. Brawo dla Diaza, który cały czas był groźny. Wbrew kibicom, którym chyba za bardzo udzieliły się emocje, nie było to najpiękniejsze starcie MMA w historii, ale na pewno pokazuje, co nasz sport ma do zaoferowania ludziom, którzy zdecydują się oglądać walki w klatce. A McGregor wcale nie jest najlepszym wojownikiem na świecie w rankingach P4P. Irlandczyk może być wstępem do ciekawej przygody  kibicowania MMA. Tyle czekano na bokserski pojedynek Mayweather vs. Pacquiao. Gdy w końcu doszło do tej „walki stulecia”, kibice zobaczyli taktyczny, ale w sumie nudny, przewidywalny bój. 1:0 dla MMA.

Conor jako najmocniejszy fenomen sportów walki niczym najsilniejszy człowiek na świecie przyciąga publiczność przed telewizory. Można krytykować Pudziana, można krytykować McGregora, ale nigdy nie można zaprzeczyć, że sport rozwija się dzięki takim osobom. No i jest nadzieja, że może w MMA coraz częściej „hajs się będzie zgadzać”.

Dyskusja

Pitbull Sports